Reklama
Reklama
Reklama
Felieton
09.10.2014

Na ludowo

Miniaturka
Szymon Wacławik

Niedawno podglądałem bardzo fajną imprezę: polsko - szkockie wesele i muszę powiedzieć uczciwie, że byłem nim zachwycony i oczarowany. Czym, zapytacie? Ano przywiązaniem do tradycji i kultury kraju z którego się pochodzi. Przyznaję, że po raz pierwszy widziałem takie wydarzenie i być może dlatego tak bardzo zapadło mi w pamięć. Niemniej widok gości weselnych z dumą występujących w tradycyjnych strojach i tańczących swoje narodowe tańce naprawdę chwycił mnie za serce. Otwarcie mówię, że podatny jestem na takie obrazki, bo sam, ponad jedenaście lat tańczyłem w zespole folklorystycznym i kocham ludowiznę w każdej postaci i z każdego regionu świata.

Prowadzi to oczywiście do prostego pytania - dlaczego takie zwyczaje nie przetrwały, czy też nie przyjęły się w naszym pięknym kraju nad Wisłą? Wiem, że Norwegowie czy Szwedzi w każde święto państwowe ubierają odświętne stroje ludowe. Widziałem Austriaków (głównie w alpejskich regionach), którzy nawet na niedzielną mszę maszerują w Drindl’u i Tracht’cie. Niemiecki Oktoberfest na pewno nie byłby taki sam, gdyby wszyscy przyszli na niego w dżinsach. Czytałem również, że zgodnie z etykietą, na wizytę w królewskim dworze brytyjskim można przyjść ubranym we frak lub właśnie w regionalny strój ludowy.

Wszystko więc wskazuje na to, że gdzie indziej przywiązuje się zdecydowanie większą wagę do pielęgnowania i kultywowania narodowych tradycji, w Polsce z kolei, z wyjątkiem górali, nikt jakoś nie spieszy się do tego, by przyznać się do swoich etnicznych korzeni.

 

Co gorsze, moje wspomnienia z zespołu, wskazywałyby raczej na to, że zabawa w folklor uchodzi wśród rodaków za raczej „obciachową” - przynajmniej tak zawsze słyszałem od rówieśników. Choć nie ukrywam, że uwielbiałem patrzeć jak im szczęki opadają, gdy widzieli nas strzelających hołubce, krzesane czy skaczących przez kapelusze. Cały ten „obciach” dziwi mnie tym bardziej, że na wszystkich zabawach i festynach tego typu, frekwencja zawsze dopisuje, a ludzie garną się do zabawy. Szkoda tylko, że takie folkowe imprezy odbywają się za rzadko. A gdybyśmy sami zaczęli je organizować? Spróbujcie sobie wyobrazić wesele Łowiczanki i Kujawiaka - feeria barw... przyśpiewki..., przecież wyglądałoby to obłędnie, bo bogactwo naszego folkloru jest przeogromne, każdy region ma swoje charakterystyczne cechy, zwyczaje, stroje, tańce i zabawy.

 

Impreza ze wstępu ujęła mnie czymś jeszcze - wydźwiękiem wychowawczym. Nawet najmłodsze dzieci były przebrane i aktywnie uczestniczyły w całym wydarzeniu. Od maleńkości mają w ten sposób styczność ze swoim dziedzictwem kulturowym, chłoną je, oswajają się z nim i w przyszłości nie tylko nie będą robić sobie z niego żartów, ale może nawet będą z niego tak zwyczajnie dumni. Pamiętam z resztą, że jeszcze 20-25 lat temu podobne próby przeprowadzono w rodzimych przedszkolach, na rytmice uczyliśmy się krakowiaka i polki, by później móc zaprezentować je przed audytorium rodziców, zebranych na okolicznościowym apelu. Czy dziś ktoś jeszcze w coś takiego się bawi? Nie wiem, ale na pewno nie miałbym nic przeciwko temu. W szczególności, że moda na folklor pewnie jeszcze powróci. Coraz częściej pojawia się on w naszym codziennym życiu i zajmuje coraz to nowe przyczółki. Architekci wnętrz chętnie sięgają po ludowe wycinanki do dekoracji, projektanci ubrań dostrzegli bogactwo folkowych wzorów, a i nasi „słowiańscy” wokaliści (pewnie się tym narażę na sporą krytykę…) odwalili, w moim przekonaniu, kawał dobrej roboty w promocji i upowszechnianiu ludowizny. Mam nadzieję że na tym nie koniec...



© terazswiecie.pl 2011. Wszelkie prawa zastrzeżone. projekt i wykonanie: www.szarekomorki.com