Reklama
Reklama
Reklama
Historia
20.11.2014

Głos miasta

Miniaturka
Siedziba redakcji „Głosu Świeckiego” przy ul. Klasztornej. Obecnie znajduje się w tym miejscu salonik prasowy/ Fot. Archiwum

Listopadowy, jesienny czas, okres wspominania zmarłych oraz Święto Niepodległości, zawsze powodują, że trafiam na jakieś pożółkłe kartki zapisane historiami tych, których już nie ma wśród nas. Jedną z takich osób jest Franciszek Domachowski.

 

 

Niedawno, dzięki znajomemu, wpadł mi w ręce pewien tekst.  Jest to wywiad z nieżyjącą już moją dawną sąsiadką z ulicy Sądowej, panią Bielińską, który miał być wykorzystany przez Mirosława Lorcha, który w latach 90. wydawał „Gazetę Świecką”. Dotyczy on zacnego świecianina Franciszka Domachowskiego.

Domachowski był kupcem, wydawcą i redaktorem gazety „Głos Świecki”, działaczem niepodległościowym z okresu zaboru pruskiego i przedwojennym przewodniczącym Rady Miejskiej. Pani Bielińska w okresie międzywojennym, pracowała we wspomnianej gazecie, zajmowała się także pracą na rzecz świeckiego oddziału Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”. Po latach, już w wolnej Polsce, zdecydowała się podzielić swoimi wspomnieniami, które w formie maszynowego zapisu przetrwały i przemówią w tym artykule.

 

Nośnik polskości

 

Siedziba redakcji „Głosu Świeckiego” mieściła się przy ul. Klasztornej (tam gdzie dziś znajduje się salonik prasowy). Były tam biuro, księgarnia i skład papieru, a w podwórzu drukarnia i introligatornia. Właścicielem i redaktorem naczelnym był wielki patriota, jeszcze z czasów pierwszej wojny światowej, Franciszek Domachowski.

Pracowałam w redakcji na stanowisku korektora od 1928 roku do września 1939 roku – wspomina pani Bielińska. - Zajmowałam się również księgowością, co jak wiadomo niesie ze sobą sporo pracy. Nie pisałam artykułów do „Głosu Świeckiego”, nie miałam na to czasu, gdyż byłam też maszynistką w organizacji „Sokół”, w której mój brat Bolesław Kłosowski pełnił funkcję sekretarza. „Głos Świecki” ukazywał się trzy razy w tygodniu. Pismo miało cztery strony zapełnione tematyką zagraniczną, krajową i lokalną. Były też przedruki z innych gazet i korespondencje z terenu powiatu świeckiego autorstwa Antoniego Tomasika. Gazeta w Świeciu była nie tylko nośnikiem kultury, ale i polskości. Trzeba bowiem pamiętać, że ziemia świecka wróciła do Polski dopiero w roku 1920 wraz z wkroczeniem Armii Hallera, po 148 latach zaboru. Gazeta ukazywała się w nakładzie przeszło tysiąca egzemplarzy i trafiała do rąk czytelników na terenie całego powiatu. Nie było wtedy kiosków, nie było gazeciarzy, gazetę rozprowadzano za pomocą prenumeraty i poprzez jeden punkt sprzedaży pisma, właśnie w księgarni przy ul. Klasztornej. Współpraca w redakcji była bardzo dobra. To były inne czasy. Nie było zawiści i wyścigu o stołki, tym bardziej , że była nas kilkunastoosobowa grupka. Płace były ustalone odgórnie przez związki zawodowe i nie budziły sprzeciwu, a pracownik pracownikowi nie zazdrościł. Z osób pracujących wtedy pamiętam p.Grajewską-Przytulską, p. Nikczyńską, kierownika p. Stusińskiego czy maszynistę, syna właściciela p. Jana Domachowskiego.

 

Tragiczny los


„Głos Świecki” istniał do września 1939 roku. W ostatnim numerze z 31 sierpnia ukazało się między innymi ogłoszenie o mobilizacji.

Pamiętam okropną ciszę 3 września 1939 roku i stukot obcasów niemieckiego patrolu idącego ulicą Podgórną. Spędzono świeciaków na Duży Rynek, prawie samych mężczyzn. Dla wielu z nich były to ostatnie dni życia – opowiada pani Bielińska.

Franciszek Domachowski został rozstrzelany wraz z 82 innymi mieszkańcami miasta 8 października 1939 roku na cmentarzu żydowskim przy ul. Polnej. To był koniec „Gazety Świeckiej”. Drukarnię zajęli Niemcy, lepsze maszyny przewieziono do drukarni Fabiańskiego przy ul. Mickiewicza, a pozostałe Niemcy zniszczyli.

Jak wspomina pani Bielińska, ocalały ochronione z narażeniem życia roczniki gazety, pięknie oprawione i posegregowane. Niestety, w roku 1945 do Świecia wkroczyli Rosjanie i na podwórku domu, w którym mieszkała Bielińska urządzili kuchnię. Za opał posłużyły właśnie roczniki gazety i księgozbiór cioci pani Bielińskiej. Na prośby o zachowanie tych cennych rzeczy rosyjscy gieroje odpowiedzieli automatem przystawionym do głowy.

Pani Bielińska przeżyła okupację ze wspomnieniami z pracy w piekarni ojca, z oczekiwaniem na przyszłego męża, żołnierza obrony polskiego wybrzeża, który przebywał w niemieckiej niewoli. Zapamiętała obrazy z wizyty Hitlera w Świeciu w 1939 roku, z wywózki chorych ze szpitala psychiatrycznego i uciekających Niemców w 1945 roku. Po wojnie pracowała długie lata, wychowywała dzieci, mieszkając przy ul Sądowej 25. Odeszła na drugą stronę, tak jak Franciszek Domachowski czy Mirosław Lorch. Wszyscy oni pozostali wierni swojemu miastu i wierni Polsce.

 

Na zdjęciu: Chorążowie sztandaru towarzystwa „Sokół” w Przechowie, lata 30 XX wieku. Po lewej Franciszek Domachowski

Józef Szydłowski
Dodaj komentarz

© terazswiecie.pl 2011. Wszelkie prawa zastrzeżone. projekt i wykonanie: www.szarekomorki.com