Reklama
Reklama
Reklama
Kultura
17.07.2016

Odbijanie się od dna

Miniaturka
Fot. Andrzej Bartniak

- „Kac Wawa” był tandetą wyprodukowaną na zimno: widzowie są kretynami, więc damy im kretyńską komedię - rozmowa z Tomaszem Raczkiem, krytykiem filmowym, gościem III Przeglądu Filmów Studyjnych w Świeciu.

 

Niedawno spotkałem się z opinią, że coraz trudniej rozmawia się ze znajomymi o książkach, bo oferta jest tak bogata, że w efekcie każdy czyta coś innego. Wydaje mi się, że podobnie jest z filmami. Oglądamy coraz więcej, ale coraz rzadziej rozmawiamy o tym, co zobaczyliśmy. Bez tego dobre kino chyba sporo traci.  Oczywiście jest internet, ale tam rzadko dyskusja prezentuje odpowiedni poziom.

Jest bardzo wyraźna różnica między czytaniem książki a oglądaniem filmu. Czytamy w samotności, a filmy zwykle jednak oglądamy w grupie na przykład w kinie. Wychodząc z seansu możemy na gorąco wymienić się wrażeniami.

 

Tyle, że do kina coraz więcej osób chodzi samotnie. Mało kto zdobywa się na to, aby zaczepić nieznajomych, pytając ich, czy nie chcieliby chwilę porozmawiać. Zresztą kino to tylko fragment rzeczywistości. Coraz częściej ogląda się filmy w sieci.

Chodzącym do kina samotnie, mającym potrzebę wymiany wrażeń, polecam Dyskusyjne Kluby Filmowe. Przeglądy filmów studyjnych, podobne do tych, jakie odbywają się w Świeciu, nawiązujące do tradycji DKF z lat 70. i 80., to zjawisko zyskujące na popularności.

 

To chwilowa moda, czy może jakiś trwalszy trend?

Myślę, że to wraca i to na różnych poziomach. Odradza się nie tylko DKF i kina studyjne tworzące różnego rodzaju wydarzania, przeglądy i festiwale, dające okazję do obejrzenia trochę innych filmów. Równolegle prowadzona jest akcja w multipleksach, w której biorę udział. W Polsce są trzy grupy multipleksów: Multikino, Cinema City i Helios. Ta zainicjowała program „Kino konesera”, w którym biorę udział. Spotykam się przynajmniej raz w roku z widzami każdego z kilkudziesięciu kin Heliosa. Gdy nie ma mnie, są inne osoby prowadzące dyskusję. Odbywa się to co tydzień. Prezentowany jest repertuar studyjny, chociaż jest to kompleks jak najbardziej komercyjny. Sam fakt, że stworzono taki projekt już jest znamienny.

 

Pojawia się pytanie, czy stało się tak dlatego, że księgowy zauważył, że na ambitnym kinie też da się zarobić, czy może szefowie Heliosa mają jakąś misję?

Najpierw była misja. Pomysł pochodził od dyrektorów, którzy przyszli do sieci komercyjnej z DKF-ów. Wnieśli nie tylko doświadczenie, ale również pragnienie czegoś więcej. Ale pomył ten by nie zaistniał lub szybko by upadł, gdyby kierownictwo Heliosa zorientowało się, że nie przynosi to zysku. W tej chwili okazuje się, że na tym też można zarobić. Jest odpowiedź od widzów: chcemy oglądać ambitne filmy.

 

Jak ocenia pan aktualną kondycję polskiego kina? Pytam, bo bywa pan surowym recenzentem rodzimych produkcji.

Myślę, że to jest dobry moment dla kina polskiego. Jest bliżej widzów. Od trzech lat polskie filmy prowadzą w rankingach frekwencji. Innymi słowy, na polskich filmach jest najwięcej widzów, a to jest niesłychanie ważne, bo jeszcze parę lat temu istniało takie powiedzenie: „Nie chodzę na polskie filmy”. Wręcz w dobrym tonie było mówić: „Polskie filmy to żenada”.

 

Tylko dlatego, że były słabe. Polacy nie obrazili się na polskich twórców, tylko słabe efekty ich pracy.

Myślę, że takim dnem dna, od którego udało nam się odbić był „Kac Wawa”. Przyłożyłem rękę do tego, żeby zrobić z niego czerwone światło dla kina. Udało mi się rozpętać akcję publicystyczną pokazującą pogardę dla widza, jaką okazali twórcy, uważający, że widzowie są debilami nie zasługującymi na nic lepszego. W sukurs przyszli mi widzowie, mający takie samo zdanie, którzy nie poszli do kina. Producenci twierdzili, że być może stało to się pod wpływem mojej krytyki, dlatego chcieli mnie podać do sądu za utratę dochodów. Gdyby doszło do takiej rozprawy, byłby to ewenement. Od tego momentu obciachowych produkcji w polskim kinie było już mniej.

 

Zwykle jest pan pytany o ulubione bądź też najlepsze filmy, a ja chciałem zapytać o te najgorsze. Na szczycie listy rankingowej jest „Kac Wawa”?

Tak, dla mnie jest on punktem odniesienia jako najgorszy z możliwych filmów. Ma wszelkie znaki rozpoznawcze charakteryzujące dno.

 

A gdzie plasuje się „Klątwa Doliny Węży”, która przed laty zyskała wśród krytyków miano najgorszego polskiego filmu?

To była zupełnie inna epoka i okoliczności. „Kac Wawa” był tandetą wyreżyserowaną i wyprodukowaną na zimno. Wykalkulowaną na zasadzie oceny widza. Widzowie są kretynami, więc damy im kretyńską komedię, bo ona im się na pewno spodoba. Natomiast w przypadku „Klątwy” tak nie było. Ten film po prostu przerósł Marka Piestraka, który go reżyserował. On naprawdę chciał zrobić polskiego Indianę Jonesa. Zaangażował Krzysztofa Kolbergera, Romana Wilhelmiego, Ewę Sałacką. Wyjechali do Laosu za duże pieniądze. Chciano zrobić polską superprodukcję przygodową i to kompletnie nie wypaliło. Okazało się, że nie mamy know - how w tej dziedzinie.

 

Jeszcze nie tak dawno znawcy kina nie traktowali seriali zbyt poważnie. Dziś sytuacja jest zupełnie inna. W wielu aspektach to właśnie seriale wyznaczają nowe kierunki. Jaki serial wbił pana w fotel na długie godziny?

Seriale na świecie, bo jeszcze nie w Polsce, są o wiele bardziej kreatywne i twórcze niż filmy fabularne. Wyznaczają drogę rozwoju w realizacji filmów. Pokazują nowe rozwiązania w dziedzinie montażu, bawią się z nowoczesnym aktorstwem. Jeśli chcemy trzymać rękę na pulsie, to musimy oglądać seriale. Są dwa takie, których oglądanie sprawiło mi wielką przyjemność. Pierwszy to „House of Cards”, który dotyka polityki w nowoczesny, publicystyczny sposób. Ważny jest on również dlatego, że został wyprodukowany przez Netflix, a więc na potrzeby internetu. Kiedyś mówiło się, że z kinem walczy telewizja, teraz widać, że do tego wyścigu dołącza się na równych prawach i bez żadnych kompleksów również internet. Dla mnie jest to bardzo ważne. Serial, który był moim ulubionym, a który kupiłem będąc dyrektorem w nFilm HD - całe pięć sezonów - to „Queer as Folk”. Bez wątpienia jest to najlepszy film, jaki widziałem, o prawdziwym życiu gejów. Pokazuje osoby otwarcie deklarujące się jako geje, a także ukrywających swoją orientację. Obserwujemy reakcje ich rodzin, relacje z innymi gejami, jak wygląda wychowywanie dzieci przez lesbijki lub partnerów. Co jest w tym złego, a co dobrego? Co jest nadzieją, a co przekleństwem? W żadnym filmie nigdy nie było na ten temat tyle prawdy. Wiem jak to życie wygląda i to nie tylko w Polsce. Ta prawda jest podana w taki sposób, że nawet jeśli ktoś jest uprzedzony i nie chce o tym słyszeć, to jeśli zobaczy „Queer as Folk” bardzo dużo zrozumie. Ten film jest wybitny.

Andrzej Bartniak
Dodaj komentarz
Carlee
24.08.2016
I really wish there were more aritcles like this on the web. http://whwencb.com [url=http://nhatkbibpe.com]nhatkbibpe[/url] [link=http://osbqufwgwac.com]osbqufwgwac[/link]

Cordy
22.08.2016
Frankly I think that's abtsuloely good stuff. http://nyzour.com [url=http://yfafuwokt.com]yfafuwokt[/url] [link=http://blizatm.com]blizatm[/link]

Lainey
20.08.2016
Always rerhnsfieg to hear a rational answer.

Aileen
19.08.2016
It's a plseruae to find someone who can identify the issues so clearly


© terazswiecie.pl 2011. Wszelkie prawa zastrzeżone. projekt i wykonanie: www.szarekomorki.com