Reklama
Reklama
Reklama
Społeczeństwo
09.06.2016

Wózkarze

Miniaturka
Jacek Kaszubowski jest wózkarzem, jak nazywają samych siebie niepełnosprawni przykuci do wózka inwalidzkiego, od 25 lat. Pracuje w punkcie informacji w świeckim ośrodku kultury /Fot. Andrzej Bartniak

- Nie zapomnę Heńka, sparaliżowanego od szyi w dół, który w szpitalu przeklinał los za to, że nawet nie może odebrać sobie życia - wspomina Jacek Kaszubowski, od 25 lat poruszający się na wózku. - Pogodzenie się z przychodzącą niespodziewanie niepełnosprawnością nikomu nie przychodzi łatwo.

 

Odgłosy uderzenia przerwała cisza, która nastąpiła równie niespodziewanie, jak huk gniecionego metalu. Rozdarła ją dopiero syrena pogotowia. Potem znowu zrobiło się cicho. Po ustabilizowaniu stanu, tak aby możliwa był długa podróż, osiemnastoletniego wówczas Sławomira Kraskę przewieziono ze Świecia do szpitala w Konstancinie. Tam usłyszał diagnozę, której nie zrozumiał: uraz kręgosłupa w odcinku szyjnym, porażenie czterokończynowe.

-  Nie docierało do mnie, w jakim jestem stanie – wspomina wydarzenia sprzed trzydziestu lat. - Łudziłem się, że moja niemoc, to coś przejściowego. Przecież miałem poważny wypadek samochodowy. Nie dziwiłem się, że czucie wraca tak powoli. Czas jednak mijał, a mój stan się nie zmieniał. W końcu dotarło do mnie, że nigdy nie będę chodził.

 

 

Sławomir Kraska nie chce nawet myśleć o tym, jak mogłyby się potoczyć jego losy, gdyby w porę nie uwierzył, że opatrzność ma dla niego plan „B” /Fot. Andrzej Bartniak

 

Jednak prawdziwy cios przyszedł dopiero po powrocie do domu.

- Czułem się kompletnie niepotrzebny, życie straciło dla mnie jakikolwiek sens -przyznaje. - Najbardziej bolało mnie to, że jestem całkowicie uzależniony od innych. Rodzina pomagała, jak mogła, ale wcale nie było mi z tym lepiej. Wydawało mi się, że jestem dla nich niepotrzebnym balastem. Zerwałem wszelkie znajomości. Nie miałem ochoty nikogo widzieć.

 

Plan „B”

 

Sławomir Kraska rzadko opuszczał swój pokój. Nie dlatego, że nie mógł. Po prostu nie chciał. Sens swojego życia całkowicie negował przez osiem lat. Pewnym przełomem okazały się warsztaty terapii zajęciowej, na które w końcu dał się namówić, ale nie był to na tyle silny impuls, aby poczuł, że mimo pewnych ograniczeń, może żyć normalnie. Radykalną zmianę przyniósł dopiero wyjazd na odbywający się w Zielonej Górze obóz organizowany przez Fundację Aktywnej Rehabilitacji.

- Zaskoczyło mnie, że zajęcia prowadziły osoby jeżdżące na wózkach - mówi. - Byłem zdumiony, z jaką łatwością radziły sobie z codziennymi czynnościami.

Każdy uczestnik obozu mieszkał wspólnie z trenerem, który cierpliwie uczył jak, mimo bardzo ograniczonej władzy w rękach, samodzielnie się ubrać, umyć, spakować czy zrobić zakupy.

- Na początku ubieranie zajmowało mi kilka godzin i wiązało się z okrutną męką – opowiada Kraska. - Z każdym dniem było jednak coraz lepiej. Poznawałem nowe sposoby zapinania zamka czy wkładania skarpet. Aż stało się to na tyle proste, na ile może być w moim stanie.

Oczywiście pobyt w Zielonej Górze to był tylko impuls, ale na tyle ważny, że zaważył na dalszym życiu Kraski. Dziś nawet nie chce myśleć o tym, jak mogłyby się potoczyć jego losy, gdyby w porę nie uwierzył, że opatrzność ma dla niego plan „B”. Mieszka samodzielnie, pracuje w Biurze Obsługi Mieszkańców w Urzędzie Miejskim w Świeciu i stara się czerpać tyle radości z każdego dnia, na ile to tylko możliwe.

 

Upadek

 

Nie każdemu, kto w jednej chwili stracił zdrowie, udaje się pogodzić z nową rzeczywistością.

- Paru moich kolegów, po wypadku podobnym do mojego, próbowało znaleźć ucieczkę w alkoholu lub narkotykach - mówi Jacek Kaszubowski. - Poddali się apatii, dopadającej chyba każdego w takiej sytuacji. Może nie mieli w pobliżu kogoś, kto podałby im rękę w tym trudnym momencie? Chociaż wiem sam po sobie, że tej ręki wcale nie chce się chwytać.

10 maja minęło 25 lat od wypadku, w którym Jacek Kaszubowski stracił władzę w nogach. W zasadzie może mówić o szczęściu, bo finał upadku z 13 metrów mógł mieć znacznie poważniejsze skutki.

- W 1991 r. pracowałem w Celulozie jako monter wysokościowy - opowiada. - Montowałem belki na wysokości, malowałem je, wykonywałem też różne prace na kominach. Zajęcie wiązało się z ryzykiem, ale w końcu byliśmy zabezpieczeni. Nie powinno nic się wydarzyć. A jednak. Feralnego dnia, podczas przepinania się na inną belkę, źle zapiąłem karabińczyk i poleciałem w dół. Pamiętam, że rozpaczliwie próbowałem się czegokolwiek złapać, ale nie było za co się chwycić. Od śmierci uratowało mnie to, że spadłem na drewniany stół, który pod moim ciężarem rozpadł się na kawałki.

 

Ty to masz szczęście

 

Gdy ocknął się w szpitalu, pierwsze myśli, jakie mu przyszły mu do głowy to: „Dziękuję Bogu, że żyję. Chyba nie będzie tak źle”. Tę optymistyczną diagnozę podtrzymywało, odkrycie, że może ruszać rękami. Po trzech tygodniach zaczął się zastanawiać, co jest nie tak z nogami, chociaż nie dopuszczał myśli o urazie rdzenia kręgowego. Zakładał, że brak czucia to działanie silnych środków przeciwbólowych. W końcu usłyszał od lekarza prawdę, ale nawet to nie pozbawiało go nadziei. W sumie w ciągu roku trafił do pięciu szpitali m.in. w Bydgoszczy, Łodzi i Poznaniu.

- Wciąż trzymałem się nadziei, że skoro nadal mnie leczą, diagnozują, to w końcu znajdą sposób na to, by mnie całkowicie usprawnić - mówi.

Tak się jednak nie stało. Mimo wszystko, były momenty, że czuł się szczęściarzem.

- W szpitalu w Poznaniu na sali było nas dwunastu - wspomina. - Miałem 24 lata i byłem najstarszy. Pozostali mieli po 17-19 lat. Wyróżniał mnie nie tylko wiek, ale też to, że jako jedyny posiadałem sprawne ręce. Wszyscy pozostali byli sparaliżowani od szyi w dół. Większość trafiła na odział w czerwcu. Były to ofiary skoków do wody na główkę. Zazdrościli mi, że mogę się samodzielnie napić czy zjeść obiad. Oni byli całkowicie uzależnieni od innych. Wielu z nich zachowywało się wulgarnie i agresywnie w stosunku do personelu. To taka reakcja obronna na stres. Nie zapomnę Heńka, który łkając mówił, że nawet nie może sobie odebrać życia.

 

Cieszę się z tego, co mam

 

O tym, że szczęście to jednak pojęcie względne Jacek Kaszubowski, przekonał się, gdy wrócił do swojego pokoju cztery na trzy metry. Na trzecim piętrze. Poczuł się jak w klatce. Kolejne tygodnie spędzone w domu dobijały go coraz bardziej. Po jakimś czasie zachorował i trafił do szpitala.

- Tam od innego wózkarza, jak określamy się w naszym środowisku, usłyszałem o Fundacji Aktywnej Rehabilitacji. Ze sporymi oporami, w końcu dałem się namówić na wyjazd do Spały.

Ta decyzja, podobnie, jak w przypadku Sławomira Kraski, zaważyła na dalszym życiu. Najlepszym tego potwierdzeniem było to, że po kilku latach Kaszubowski zaczął pracować tam jako instruktor, przywracający wiarę w sens życia innym niepełnosprawnym.

Wpływ na jego samopoczucie niewątpliwie miał też ksiądz Ryszard Pełech, były proboszcz parafii św. Andrzeja Boboli w Świeciu, który podczas długiej rozmowy w czasie kolędy,  zaproponował mu pracę w biurze parafialnym. Rok 1999 okazał się też szczęśliwy z innego powodu. W tym roku Jacek Kaszubowski ożenił się. Pięć lat później przyszła na świat córka Julia.

- Nie zastanawiam się już, jak wyglądałoby moje życie, gdyby nie wypadek - zaznacza. - Czy byłoby lepsze? Nie wiem. Jestem szczęśliwy. Cieszę się z tego, co mam.

Andrzej Bartniak
Dodaj komentarz

© terazswiecie.pl 2011. Wszelkie prawa zastrzeżone. projekt i wykonanie: www.szarekomorki.com