Reklama
Reklama
Reklama
Teraz młodzi
30.07.2010

Im trudniej, tym lepiej

Miniaturka
Skateboardzista Mateusz Osinski / Fot. Archiwum

Skateboarding i BMX - dla wielu to nie tylko sposób na nudę, ale także sposób na życie. Fani organizują spotkania, by móc wspólnie oddawać się swojej pasji.

 

Historia deskorolki rozwijała się w Kalifornii, na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych. Kilku zdesperowanych surferów podczas bezwietrznego dnia zdemontowało wrotki i przykręciło kółka do swoich desek, aby brak fal rekompensować zjeżdżaniem z pagórków. Prymitywne deski z przyczepionymi metalowymi kółkami bez łożysk, pozwalały jedynie na jazdę w linii prostej, a każda próba skrętu kończyła się efektownym i bolesnym upadkiem. W miarę upływu lat ulepszano ich konstrukcję. Zaczęto również wymyślać coraz to nowsze, trudniejsze i bardziej widowiskowe triki. Najważniejszym wydarzeniem w całej historii skateboardingu było jednak wynalezienie triku o nazwie Ollie.

- Jego ojcem był Alan "Ollie" Gelfand, który połączył uderzenie w tył deski z jednoczesnym wyskokiem w górę i pociągnięciem jej za sobą przednią nogą. Rezultat tego był taki, jak gdyby deska przyklejona do stóp skatera wyskoczyła razem z nim w górę – tłumaczy Mateusz Osinski, jeden ze świeckich skaterów.

Pozwoliło to na stworzenie zupełnie nowego stylu, który polegał na jeździe po ulicach i wykorzystywaniu wszelkiego rodzaju naturalnych przeszkód w postaci krawężników czy też poręczy do wykonywania trików.

- To właśnie nas wyróżnia – mówi  Osinski. - Dostrzegamy i wykorzystujemy to na co inni młodzi ludzie nie zwracają uwagi – chodniki, barierki czy murki. Niektórzy postrzegają nas jako chuliganów niszczących ławki w parkach czy schody, ale to nieprawda. Nie mamy wytyczonych dni czy godzin spotkań. Organizujemy się spontanicznie. Ktoś daje cynk gdzie i o której, następny podaje dalej. W rezultacie tworzy się niezła ekipa – przyznaje.

Historia BMX sięga pierwszej połowy lat siedemdziesiątych, kiedy popularne stały się zawody motocrossowe. Młodzi mieszkańcy Kalifornii, mając do dyspozycji jedynie rowery, zaczęli urządzać mini-wyścigi, wkrótce usypując również z ziemi specjalne hopki i naśladując skoki motocrossowców. Stąd nazwa BMX, czyli połączenie wyrazów Bicykle i Motocross. To nie tylko skoki na hopkach czy jazda po funboxach w skateparkach, ale i pokonywanie miejskich przeszkód - zjazdy i skoki ze schodów czy jazda po pochyłych ścianach budynków.

– Przygoda z BMX-ami zaczyna się podobnie u każdego z nas – mówi Mateusz Dygulski, który ćwiczy od ponad dwóch lat. -  Obserwujesz chłopaków, którzy jeżdżą, oglądasz triki w Internecie, aż w końcu, oczarowany tym sportem, chcesz mieć własny rower.

Początki nie są łatwe. Trenuje się godzinami, a często efektów i tak nie widać. Ewolucje wymagają bardzo dużo ćwiczeń.

- Dlatego prawie codziennie umawiamy się na skateparku. Przeważnie jest nas około dziesięciu. Doradzamy sobie, wspieramy się i cieszymy, kiedy komuś uda się wykonać trik. Zazwyczaj po paru godzinach treningu wybieramy się na tzw. street –wyjaśnia Dygulski.

BMX to idealny rower do akrobacji i różnych sztuczek w miejskiej dżungli. Przemieszczanie się z punktu A do punktu B to klasyczne podejście do jazdy na rowerze. BMX to zupełnie inne zasady. Najważniejsze jest to, by wykorzystywać otaczającą przestrzeń i za nic w świecie nie zmierzać do celu po prostej.

Agata Kapica
Dodaj komentarz
pawwwe
07.01.2011
super sprawa

:)
30.07.2010
SUper


© terazswiecie.pl 2011. Wszelkie prawa zastrzeżone. projekt i wykonanie: www.szarekomorki.com