Reklama
Reklama
Reklama
To jest temat
05.08.2015

Robota dla twardzielek

Miniaturka
- W tej pracy trzeba uważnie obserwować reakcje pacjentów i mieć oczy dookoła głowy, żeby nie zrobili czegoś złego sobie lub nam – mówią pielęgniarki ze świeckiego szpitala psychiatrycznego /Fot. Andrzej Bartniak

Informacja o tym, że 23-letni mężczyzna, przebywający szpitalu psychiatrycznym w Świeciu, śmiertelnie pobił innego pacjenta, obiegła cały kraj. Podczas ubiegłorocznego zajścia dość poważnie ucierpiała też pielęgniarka, próbująca ratować rannego. Fakty na temat trudnej pracy białego personelu rzadko opuszczają mury „psychiatryka”.

 

Pielęgniarka, którą brutalnie dusił rozwścieczony napastnik, dochodziła do siebie przez pół roku. Ostatecznie nic poważnego jej się nie stało, przynajmniej fizycznie, ale trauma psychiczna pozostanie do końca życia. Takie emocje trudno wyprzeć. Zwłaszcza, gdy wraca się do miejsc mimowolnie przypominających o tym, co się stało. I chociaż wszyscy pracownicy szpitala mają świadomość, że podobne zdarzenia są niejako wpisane w jego specyfikę, to za każdym razem wywołują one wstrząs. Także dlatego, że nie ma możliwości całkowitego wyeliminowania podobnych przypadków w przyszłości. Pobudzenie u pacjenta może przyjść zupełnie niespodziewanie.

Po tragicznym zajściu w grudniu 2014 r. na oddziale, gdzie doszło do pobicia, zamontowano monitoring.

- Ma on działać przede wszystkim prewencyjnie - tłumaczy dr Sławomir Biedrzycki, zastępca dyrektora do spraw lecznictwa Wojewódzkiego Szpitala dla Nerwowo i Psychicznie Chorych w Świeciu.  - Znacząco spadała liczba przypadków celowych zachowań agresywnych wśród pacjentów. Wcześniej trudno było ustalić, kto faktycznie sprowokował kłótnię. Dziś chorzy wiedzą, że wszystko się nagrywa i kłamstwo na nic się nie zda.

Nie ulga jednak wątpliwości, że elektroniczny dozór nie jest w stanie powstrzymać tych, którzy bez ostrzeżenia postanowią zrobić krzywdę komuś lub sobie. Aparatura nie wychwyci emocji, które jest w stanie dostrzec tylko doświadczony pracownik. Leczenie psychiatryczne w znacznej mierze opiera się właśnie na obserwacji.

 

Metoda na połyk

 

Anna Stosik była pierwszym rocznikiem opuszczającym mury Liceum Medycznego w Świeciu. Ponieważ nie udało się jej dostać do ZOZ-u, złożyła papiery w szpitalu psychiatrycznym.

- Byłam ciekawa tej pracy - wspomina swoje początki w 1980 r. - Nie miałam żadnych uprzedzeń ani obaw, chociaż wiedziałam, że moje obowiązki i realia pracy będą inne niż koleżanek, które trafiły do zwykłego szpitala.

Dla młodej, wrażliwej dziewczyny obraz psychiatrii na początku lat 80. - tak niepodobnej do dzisiejszej - musiał robić wrażenie.

- Na oddziale męskim pacjenci siedzieli w dużej sali zamkniętej na klucz. Obserwowało, a w zasadzie dozorowało ich dwóch mężczyzn, sanitariuszy pilnujących, aby nic się nie wydarzyło. Czasami byli to ludzie zupełnie przypadkowi. Bez żadnych kalifikacji i serca do tej pracy - ocenia pielęgniarka oddziałowa oddziału XI A.

Nieporównywalnie częściej niż dziś dochodziło do przejawów agresji czy ucieczek. Zazwyczaj nie stali za nimi jednak chorzy, a więźniowie oraz próbujący uniknąć służby wojskowej. Dla skazańców najprostszą furtką do wydostania  się poza mury zakładu karnego były tzw. połyki. Wciąż jest to jedna z popularniejszych technik samookaleczenia w więzieniu. Polega na połknięciu, zwykle zwiniętych w papier toaletowy, kawałków drutu. Często zwiniętych w kotwicę. Zawartość po dotarciu do żołądka przebija jego ścianę. Dochodzi do krwotoku wewnętrznego. Ponieważ takie akty traktowano są jako poważne zaburzenie psychiczne, połykacze trafiali do świeckiego szpitala na obserwację.

Tam spotykali się m.in. z tymi, którzy na komisji wojskowej demonstrowali sznyty, czyli regularne nacięcia na rękach lub nogach. To również - zwłaszcza gdy cięcia były świeże - kwalifikowało ich do tego, by poborowemu przyjrzał się psychiatra. Zwykle byli to jednak zdrowi psychiczne ludzie. Trafiając w środowisko osób chorych niejednokrotne wykorzystywali podatność na sugestie, fobie czy też naiwność wynikającą z choroby pacjentów. Zdarzały się kradzieże, pobicia, dręczenie i oczywiście ucieczki.

Na baczności musiały się też mieć młode kobiety. Pielęgniarki i salowe. Zaczepkom z wyraźnym podtekstem erotycznym nie było końca. W miarę upływu czasu liczba tego rodzaju kłopotliwych pacjentów przywożonych na obserwację zmniejszała się. Powoli odchodziły też związane z nimi niektóre problemy.

 

Wstrząs

 

Dla Wiesławy Cwaliny, zastępcy przełożonej pielęgniarek, doświadczeniem, z którym nie mogła oswoić się przez dłuższy czas były elektrowstrząsy.

- To zabieg, który jeszcze na początku lat 90. wykonywano bez znieczulenia - wspomina. - Do Świecia trafiłam po kilkunastu latach pracy w dobrze wyposażonym, jak na tamte czasy, szpitalu wojskowym w Grudziądzu. Odmienna specyfika pracy była dla mnie dużym zawodowym wyzwaniem - zaznacza.

Na przestrzeni ostatnich 25 lat psychiatria przeszłą niewyobrażalną przemianę. I nie chodzi tylko o nowe, zupełnie innej jakości leki, ale przede wszystkim o komfort leczenia. Sprzyjają temu lepsze warunki socjalne, chociaż to nie tylko one przesądzają o nowych standardach. Chory psychicznie przestał być traktowany przez społeczeństwo jak wyrzutek i odmieniec, dla którego nie ma ratunku i lepiej, aby żył odizolowany od reszty.

W pewnej  mierze przyczyniły się do tego zmiany ustrojowe. Zdrowie psychiczne tracili ludzie, którzy w opinii otoczenia byli wzorem zrównoważenia i rozsądku. Okazało się, że depresja np. z powodu nagłej utraty pracy czy schizofrenia, mogą dopaść każdego. Dziś wiadomo, że obie te choroby wcale nie muszą wykluczać z życia i pracy zawodowej. Ta wiedza staje się coraz powszechniejsza. Natomiast niewielu ma świadomość, że leczeniu poddawanych jest coraz więcej osób uzależnionych od dopalaczy, alkoholu, hazardu, Internetu czy seksu. Przybywa też ofiar bulimii i anoreksji, znaków obyczajowości XXI w.

 

Ofiary dopalaczy

 

- Każdy pacjent wymaga indywidualnego podejścia - podkreśla Wiesława Cwalina. - Zazwyczaj najlepsze efekty przynosi spokojny ton, pewna delikatność, ale jest grupa osób, na które to nie działa zbyt dobrze. Odbierają to jako słabość, uległość, którą natychmiast próbują wykorzystać. W ich przypadku trzeba zmienić intonację głosu na bardziej stanowczą, a prośby zastąpić wyraźnymi poleceniami. Jednak niezależnie od okoliczności pacjent powinien czuć, że zwracamy się do niego z szacunkiem.

Istotne jest to szczególnie w przypadku osób silnie pobudzonych, których stan jest zagadką. Zdarza się, że trafiający do szpitala wpadają w szał, gdy dowiadują się, że są transportowani do Świecia. Dotyczy to np. mieszkańców Bydgoszczy. Właśnie stamtąd trafia najwięcej chorych. Świecki szpital w większości przypadków przyjmuje chorych w tzw. ostrym stanie. Często w stanach zagrożenia życia lub zdrowia z powodu zaburzeń psychicznych.

Prawdziwą plagą ostatnich trzech lat stały się dopalacze. Zasadniczym problemem jest to, że lekarze nigdy nie wiedzą z jakim środkiem mają do czynienia. W grę wchodzi kilkaset związków chemicznych. Gdy jedna substancja trafia na listę zakazanych, natychmiast zastępuje ją inna. W takich samych opakowaniach mogą być zupełnie inne środki psychoaktywne. Żaden z producentów nie ponosi odpowiedzialność za skład i skutki uboczne. Ponieważ zwykle nie wiadomo, co było głównym składnikiem aktywnym dopalacza, którym zatruł się chory, prowadzone jest leczenie objawowe, a nie przyczynowe. Dlatego coraz częściej słyszymy o śmiertelnych ofiarach dopalaczy.

 

Źle się tu czuję

 

Ze względu na specyfikę szpitala, pielęgniarki mają możliwość migracji między oddziałami, jeśli uznają, że źle czują się w na tym, na którym pracują obecnie.

- Nie zdarza się to zbyt często, ale oczywiście bywają takie przypadki – przyznaje Wiesław Kiełbasiński, dyrektor szpitala. - Podobnie jak sytuacje, gdy ktoś rezygnuje z pracy, bo nie potrafi odnaleźć się w tutejszych realiach. Praca w tym szpitalu wymaga pewnych predyspozycji psychicznych. Życie pokazuje, że nie każdy je posiada.

Obecnie w Wojewódzkim Szpitalu dla Nerwowo i Psychicznie Chorych w Świeciu, w którym leczy się 467 chorych, zatrudnionych jest blisko 500 osób w tym 214 pielęgniarek. Na razie chętnych do pracy nie brakuje. Decydują o tym nieco wyższe zarobki od tych, które oferuje konkurencyjny zakład pracy. Niestety, w niedalekiej przyszłości mogą się pojawić problemy z wykwalifikowanym personelem pielęgniarskim.

- Za pięć lat odejdzie spora grupa – wyjaśnia Anna Stosik. - Myślę o kobietach, które nabędą prawa emerytalne. Z każdym kolejnym rokiem problem może się pogłębiać, bo zdecydowaną większość stanowią pielęgniarki z 20-letnim stażem i dłuższym. Jest bardzo mało młodych. Zdecydowana większość nowo zatrudnionych, przechodzących z innych szpitali, to panie z dłuższym stażem. Pielęgniarek  po szkole prawie nie ma. Dzieje się tak dlatego, że spora część kończących studia pielęgniarskie wybiera niestety emigrację - ocenia.

Andrzej Bartniak
Dodaj komentarz

© terazswiecie.pl 2011. Wszelkie prawa zastrzeżone. projekt i wykonanie: www.szarekomorki.com