Reklama
Reklama
Reklama
To jest temat
11.07.2016

Nigdy nie zostanę świętą

Miniaturka

- Nie przestałam ufać Bogu. Przestałam tylko wierzyć w to, że każda zakonnica czy ksiądz to dobry człowiek, niemal bez skazy. Tak samo, jak nie każdy, kto nie jest katolikiem, to drań – mówi świecianka, była zakonnica, która po czterech latach opuściła klasztor.

 

Zawsze zastanawiałem się, jak silna musi być determinacja kogoś, kto decyduje się ograniczyć kontakty z bliskimi, rezygnuje z założenia rodziny i z własnej woli poddaje się rygorom zakonnego życia.

To nie jest determinacja, to powołanie. A to coś znacznie więcej. Powołanie to stan ducha, kiedy człowiek tak bardzo chce służyć Bogu i darzy go tak wielką miłością, że nie wyobraża sobie, by mógł robić coś innego, niż Mu służyć. Zdeterminowanym to można być, kiedy chce się kupić nowy samochód lub znaleźć inną pracę.

Co czuje 20-letnia dziewczyna, która idzie do zakonu?

Wielkie szczęście. Przynajmniej tak było w moim przypadku. Cieszyłam się, że będę wśród innych kobiet, które zawierzyły swoje życie Bogu, że nie będę musiała zmagać się z fałszem tego „zwykłego” świata, pogonią za pieniędzmi, z obłudą i zawiścią. Kiedy pod koniec szkoły średniej pojechałam do klasztoru, żeby dowiedzieć się, jakie warunki trzeba spełnić, by zostać zakonnicą, przez następnych parę miesięcy czułam niesamowitą ekscytację i radość. Nie mogłam się już doczekać, kiedy tam się znajdę.

Mówiła pani komuś, że zamierza wstąpić do klasztoru?

Tylko rodzicom i bratu. Rodzice bardzo się ucieszyli. Byli ludźmi wierzącymi, chociaż mama, która już nie żyje, bardziej niż ojciec. Co niedzielę chodziliśmy do kościoła. Brat był bardziej sceptyczny. Uważał, że albo tam zgorzknieję, albo ucieknę. Okazało się, że miał rację, chociaż wtedy denerwowało mnie jego podejście do religii. Był takim domowym niedowiarkiem (śmiech).  Czasami rodzice i ja sprzeczaliśmy się z nim na temat Kościoła i wiary.

Nie było pani żal, że nigdy nie założy własnej rodziny, że nie będzie miała dzieci i męża?

Gdzieś tam czaił się lęk, że odezwie się we mnie instynkt macierzyński. Przestrzegała mnie przed tym mama, chociaż całym sercem popierała moją decyzję. Bardzo lubiłam dzieci, nadal zresztą lubię. A swoją córeczkę kocham nad życie. Wtedy tłumaczyłam to jednak sobie w ten sposób, że miłość do Boga weźmie górę, a poza tym zawsze przecież mogę pracować z dziećmi, jako katechetka czy zajmować się chorymi maluchami.

Jak wspomina pani początki w zakonie?

Nie były łatwe, ale wiedziałam, że tak będzie, więc nie było to dla mnie zaskoczeniem. Przez pierwsze dni trudno się było wdrożyć w życie zakonne. Pobudka o 5.15, potem modlitwy, śniadanie o 8.30 i czas wypełniony ciągłymi obowiązkami, z przerwą na modlitwę, żeby nie zaprzątać sobie myśli głupstwami. I tak do wieczora. Potem kolacja, znowu modlitwy, godzina casu wolnego i o 22.00 cisza nocna. Po tak intensywnym dniu człowiek śpi jak zabity. Na początku budziłam się rano cała połamana: od klęczenia bolały kolana, od wysiłku fizycznego kręgosłup, na dłoniach miałam bolesne odciski, na rękach jakieś swędzące uczulenie, bolała mnie głowa. Czułam się, jakby przetoczył się przeze mnie czołg. Ale po jakimś czasie zahartowałam się. Do wszystkiego można się przyzwyczaić, jeśli wierzy się, że to, co się robi ma sens.

Co należało do pani obowiązków?

Praca w kuchni, w ogrodzie, sprzątanie, pranie. Jak każdej z nas.

Kiedy przyszedł kryzys?

To nie było tak, że któregoś pięknego dnia obudziłam się i stwierdziłam, że mam dość. Jednak po kilku miesiącach opadło pierwsze zauroczenie. Wcześniej próbowałam usprawiedliwiać różne rzeczy, które mnie raziły. Ba, karciłam się w duchu, jak w ogóle mogą mi przychodzić do głowy takie buntownicze myśli.

Bałam się przyznać przed sobą, że nie znosiłam swojej mistrzyni. To osoba, która wprowadza postulantki i nowicjuszki w życie zakonne i przygotowuje je do złożenia ślubów. Początkowo próbowałam ją zrozumieć, ale z czasem zrozumiałam, że to apodyktyczna, złośliwa, zgorzkniała kobieta. Nie można z nią było dyskutować, jedynie wypełniać bez szemrania rozkazy. Zabraniała nawiązywanie przyjacielskie relacje między nowicjuszkami, bo miałyśmy wszystkie swoje siły i myśli skupiać na dobru wspólnoty, a nie jednostki. I stale powtarzała, że naszą powinnością jest dążenie do świętości, więc żadne wyrzeczenie z naszej strony nie jest zbyt duże. Powinnyśmy poświęcić się bez reszty, by zasłużyć na ten zaszczyt: pracować bez wytchnienia, spędzać całe godziny na modlitwie,  walczyć z grzesznymi myślami, wypełniać polecenia przełożonych, do minimum ograniczyć troskę o siebie.

To źle? Przecież w końcu po to zostaje się zakonnicą.

Nie, wszystko w porządku. Może nie tylko po to, ale ma pan sporo racji. Tylko dlaczego my miałyśmy jeść skromne posiłki, harować bez wytchnienia, wyzbyć się wszelkich, nawet najdrobniejszych przyjemności, a siostrom przełożonym przygotowywałyśmy kilkudaniowe posiłki, ciasta, kawę. Dlaczego my byłyśmy niemal całkowicie pozbawione kontaktu ze światem, a one wieczorami oglądały telewizję?

W zakonie była pewna dziewczyna. Zaprzyjaźniłyśmy się. Ale mistrzyni to się nie podobało. Zakazała nam bliższej znajomości. Kiedyś przyłapała nas, jak ze sobą rozmawiałyśmy i śmiałyśmy się. Za karę obydwie miałyśmy spędzić całą noc na modlitwie. Nie rozumiałam tego. Co jest złego w czystej przyjaźni?

Kolejna rzecz, która mnie bolała, to cenzurowanie korespondencji. Zarówno tej wysyłanej przez nas, jak i tej, którą my otrzymywałyśmy. Kiedyś dostałam list z domu, a tam duży fragment po zdaniu „Ojciec ma kogoś” był zakreślony grubym pisakiem, tak że nie mogłam nic odczytać. Odchodziłam od zmysłów. Nie chciało mi się wierzyć, ze mój tata, człowiek wierzący, ma kochankę. Prosiłam mistrzynię, żeby mi powiedziała, co było napisane w zamazanym fragmencie, ale odmówiła. Dowiedziałam się dopiero trzy tygodnie później, kiedy pojechałam do domu do Świecia. Okazało się, że ojciec rzeczywiście ma inną kobietę. Mama nie żałowała mu w napisanym do mnie liście ostrych słów i szczegółów spotkań z „tamtą panią”. Nie dziwię się jej. Była zdruzgotana, musiała jakoś odreagować.

Ciągła inwigilacja, przeglądanie tego, co przywiozłyśmy z domu, obserwowanie każdego kroku, rygor, nieprzyjemne docinki ze strony sióstr przełożonych, że za mało się staramy, że niemal wszystko robimy źle – to wszystko sprawiło, że po czterech latach miałam dość.

Czuła się pani samotna?

Potwornie. Nie miałam nikogo, kto powiedziałby mi choć jedno dobre słowo. Nie chcę uogólniać, w każdym zakonie jest inaczej. Wszystko zależy od ludzi, którzy tam przebywają, od przełożonych. Ale w naszym atmosfera była coraz bardziej duszna, a zrobiło się jeszcze gorzej, kiedy nastała nowa matka generalna. Do tego, co wymieniłam przed chwilą, doszło jeszcze donosicielstwo. Uwielbiała wiedzieć wszystko o wszystkich. Ze mnie też próbowano zrobić donosicielkę, ale odmówiłam.

Przez wiele miesięcy biłam się ze sobą. Wzbierał we mnie coraz większy gniew i bunt. A z drugiej strony przeżywałam katusze, bo Jezus Chrystus umarł za mnie na krzyżu, a ja Go tak potwornie zawiodłam. Dziś wydaje mi się to trochę śmieszne, ale smuciło mnie też to, że nigdy nie zostanę świętą, bo nie wytrwam w zakonie. Wciskałam nocą twarz w poduszkę i beczałam jak bóbr.

I postanowiła pani odejść?

Tak. Przełożone chyba coś przeczuwały, bo miałam wrażenie, że nie były specjalnie zaskoczone. Za to moja matka była zrozpaczona. Nie dość, że straciła męża, który odszedł do innej kobiety, to jeszcze córka zrzuciła habit. Zmarła dwa lata później na raka. Starała się tego nie okazywać, ale wyczuwałam, że do końca miała do mnie żal za opuszczenie zakonu.

Jak potoczyło się pani późniejsze życie?

Początki w „cywilu” były ciężkie. Wstydziłam się ludzi, bo uważałam, że zrobiłam coś złego, nie miałam pracy. Złapałam doła psychicznego. Wyciągnął mnie z tego kolega brata. Zaczęliśmy się spotykać. Półtora roku po zdjęciu habitu wyszłam za mąż, rok później urodziłam śliczną córeczkę. Jestem szczęśliwa.

Gdyby jakaś znajoma powiedziała pani, ze chce iść do zakonu, to jakiej by jej pani udzieliła rady?

Żeby próbowała. To, że mi się nie udało, nie znaczy, że ktoś inny nie znajdzie szczęścia w życiu zakonnym i w służbie Bogu. Pobyt tam nie osłabił mojej wiary. Nie przestałam ufać Bogu, przestałam tylko wierzyć w to, że każda zakonnica czy ksiądz to dobry człowiek niemal bez skazy, tak samo jak nie każdy, kto nie jest katolikiem, to drań. Kto wie, może Bóg miał wobec mnie jakiś plan? Choćby taki, bym zrozumiała, że nie każdy zasługuje na habit czy sutannę?

Andrzej Pudrzyński
Dodaj komentarz
Johnette
24.08.2016
Your website has to be the elrnieoctc Swiss army knife for this topic. http://eghwqz.com [url=http://qxuxetrvsia.com]qxuxetrvsia[/url] [link=http://vtbirubhfrt.com]vtbirubhfrt[/link]

BertieorBirdie
23.08.2016
Superb inafomrtion here, ol'e chap; keep burning the midnight oil.

Steffie
22.08.2016
Play invmfoatire for me, Mr. internet writer. http://chumee.com [url=http://hdbnbdhna.com]hdbnbdhna[/url] [link=http://wqgiqp.com]wqgiqp[/link]

Gert
20.08.2016
There are no words to describe how boiodcaus this is.

Keisha
19.08.2016
Your answer lifts the innceligltee of the debate.


© terazswiecie.pl 2011. Wszelkie prawa zastrzeżone. projekt i wykonanie: www.szarekomorki.com